Gdynia

XXVII Światowy Zjazd Kaszubów w Gdyni

fot. Paweł Budziński, www.gdynia.pl
fot. Paweł Budziński, www.gdynia.pl

Morze flag, ryk „diabelskich” skrzypiec i kaszubska mozaika

W minioną sobotę, 11 lipca 2026 roku, Gdynia na jeden dzień zupełnie zmieniła swoje oblicze. Modernistyczny ład białych kamienic ustąpił miejsca żywiołowym, czarno-żółtym barwom, zapachowi tabaki i niesionej wiatrem od morza kaszubskiej mowie. XXVII Światowy Zjazd Kaszubów ściągnął do miasta tysiące ludzi – od mieszkańców okolicznych pomorskich powiatów, po delegacje z Kanady, Brazylii czy Nowej Zelandii.

Sobotnie wydarzenia pozwalały nie tylko poczuć atmosferę wielkiego święta, ale też przyjrzeć się z bliska logistycznemu wyzwaniu, jakim był ten dzień dla Gdyni, oraz zajrzeć głębiej w tożsamość ukrytych w tłumie rodów. Kto tak naprawdę świętował nad gdyńskim brzegiem?

Kim są współcześni Kaszubi?

Dla postronnego turysty spacerującego po Molo Południowym wszyscy uczestnicy zjazdu mogli wyglądać podobnie: tradycyjne stroje, barwne hafty i duma wypisana na twarzach. Jednak Kaszubi to jedna z najbardziej fascynujących i zróżnicowanych grup etnicznych w Europie.

Jako bezpośredni potomkowie dawnych plemion Pomorzan, przez wieki żyli na kulturowym i politycznym pograniczu, opierając się asymilacji. Cechuje ich tzw. podwójna tożsamość – czują się dumnymi obywatelami Polski, a jednocześnie integralną, osobną częścią pomorskiej ziemi. Co najważniejsze, posiadają własny język (a nie dialekt!), który jako jedyny w Polsce ma status oficjalnego języka regionalnego.

Jednak „Kaszub” to pojęcie niezwykle szerokie. Wewnątrz tej społeczności kryje się barwna mozaika grup regionalnych (tzw. podgromad), z których każda ma własne tradycje, cechy językowe, a czasem nawet… historyczne animozje.

Gochy, Bylacy i Lesacy – region ma swoje podgrupy

W gdyńskim tłumie można było usłyszeć pełen przekrój kaszubskich mikroświatów:

  • Bylacy (Belacy): To mieszkańcy tzw. Nordy, czyli północnych Kaszub (Puck, Władysławowo, Półwysep Helski), ale geograficznie należą do nich także historyczni mieszkańcy gdyńskiego Oksywia! Ich nazwa wzięła się z unikalnej cechy językowej – zamiast głoski „ł” konsekwentnie używają „l” (mówią np. bel zamiast beł).
  • Rybacy (Rëbôcë): Pas nadmorski i półwysep. Przez stulecia żyli wyłącznie z morza, wykształcając twardy charakter i unikalne techniki szkutnicze.
  • Lesacy (Lesôcë): Mieszkańcy borów i Puszczy Darżlubskiej (okolice Wejherowa i Szemudu). Tradycyjnie związani z pracą w lesie i przetwórstwem drewna.
  • Gochy (Gôchë): Przybyli do Gdyni z południowego zachodu (okolice Bytowa i Lipnicy). To grupa o niezwykle silnym etosie rycerskim. Pochodzą z ubogich, piaszczystych i kamienistych ziem (gòchë oznacza nieużytki), ale wywodzą się stąd dumne rody kaszubskiej szlachty zaściankowej. To przodkowie dzisiejszych Gochów ruszyli pod Wiedeń z Janem III Sobieskim.
  • Krubanie i Zaboracy: Reprezentanci południowych Kaszub (okolice Brus i Chojnic), skąd w sobotę przyjechał jeden z głównych pociągów zjazdowych.

Fascynujący wątek: Instrument, który miał być koszmarem dla uszu

Głównym punktem sobotniego programu, odmienianym przez wszystkie media, było jednoczesne zagranie na diabelskich skrzypcach przez rekordową liczbę 565 osób. Widok gigantycznej orkiestry na Molo Południowym robił kolosalne wrażenie, jednak kryje się za tym głęboka, przewrotna historia.

Czy wiesz, że…?

Diabelskie skrzypce (kasz. diabelsczé skrzëpce) w swojej pierwotnej, pogańskiej genezie w ogóle nie były instrumentem muzycznym w dzisiejszym rozumieniu. Służyły jako instrument obrzędowy, używany przez grupy przebierańców w dzień zaduszny.

Konstrukcja tego instrumentu – deska zwieńczona maską diabła, wyposażona w brzękadła, łańcuchy i metalowe talerze – miała generować jak największy hałas i wrzawę. W dawnych wierzeniach Kaszubów dźwięki te miały funkcję magiczną i czysto praktyczną: używano ich podczas obrzędów zaduszkowych, w okresie przesilenia zimowego oraz w trakcie wesel, aby przestraszyć i odpędzić złe moce, demony oraz nieczyste duszki.

Z czasem instrument wszedł do kapel ludowych jako sekcja rytmiczna. Sobotni rekord w Gdyni stał się więc pięknym paradoksem historii: dawne narzędzie ludowego „hałasu i egzorcyzmów” połączyło w harmonijnym, wspólnym rytmie ponad pół tysiąca ludzi, stając się symbolem kulturowej jedności regionu.

Jak przebiegało świętowanie? Od Abrahama do stumetrowej flagi

Dla samej Gdyni zjazd zaczął się wczesnym rankiem. Oficjalne delegacje złożyły kwiaty pod pomnikiem Antoniego Abrahama na Placu Kaszubskim, gdzie odsłonięto pamiątkową tablicę. Postać Abrahama – „Króla Kaszubów” – idealnie spinała to wydarzenie: to on sto lat temu głośno domagał się włączenia Pomorza i dostępu do morza w granice odradzającej się Polski.

Około godziny 10:00 serce miasta zabiło mocniej na Dworcu Głównym. To tam wjechały specjalne pociągi „Transcassubia” z Chojnic oraz Helu. Pękały w szwach. Tysiące pasażerów uformowało gigantyczny, barwny korowód, na którego czele rozciągnięto imponującą, stumetrową flagę kaszubską. Korowód przeszedł przez Śródmieście do kościoła pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa na uroczystą mszę pod przewodnictwem biskupa Piotra Przyborka.

Po nabożeństwie impreza przeniosła się w rejon nadmorski. Aleja Jana Pawła II zamieniła się w tętniący życiem jarmark z ponad 80 stoiskami twórców ludowych. Można było kupić tradycyjną ceramikę neclowską, bogato haftowane obrusy i spróbować specjałów kuchni regionalnej – od świeżych ryb po tradycyjne kaszubskie młodzowy (drożdżowe) ciasta. Gości witała nowa prezydent Gdyni, Aleksandra Kosiorek, podkreślając, że Kaszubi w Gdyni nie są gośćmi, lecz „są u siebie”.

Druga strona medalu: Logistyczny rollercoaster w Śródmieściu

Organizacja tak potężnej imprezy masowej i przemarszu tysięcy ludzi w drugą sobotę lipca – środek letniego sezonu turystycznego – musiała wywołać paraliż komunikacyjny. Zamknięcie na czas przemarszu kluczowych arterii wokół Placu Kaszubskiego oraz całkowite wyłączenie z ruchu Alei Jana Pawła II zablokowało dojazd do Skweru Kościuszki.

Kierowcy i turyści utknęli w potężnych zatorach na ulicach 10 Lutego, Świętojańskiej i Władysława IV. Znalezienie wolnego miejsca parkingowego w centrum graniczyło w sobotę z cudem. W mediach społecznościowych pojawiało się sporo głosów zirytowanych mieszkańców, którzy wskazywali, że tak potężne wydarzenia generujące odcięcie ruchu w pasie nadmorskim powinny być precyzyjniej komunikowane z wyprzedzeniem.

Tradycja, która nie chce stać się skansenem

Mimo komunikacyjnych potknięć, XXVII Światowy Zjazd Kaszubów udowodnił jedno: kultura pomorska jest niezwykle żywa. Największym sukcesem imprezy wcale nie były oficjalne przemówienia, lecz widok młodych ludzi, którzy z dumą rozmawiali ze sobą po kaszubsku, kupowali tabakierki i ramię w ramię z dziadkami wybijali rytm na diabelskich skrzypcach.

Gdynia na kilkanaście godzin powróciła do swoich najgłębszych korzeni, przypominając, że zanim stała się dumnym, modernistycznym miastem z wielkim portem, była małą, spokojną osadą kaszubskich rybaków. Pod koniec dnia tradycyjny klucz-lipa powędrował do rąk kolejnych organizatorów – w 2027 roku przekonamy się, które pomorskie miasto spróbuje pobić gdyński, „diabelski” rekord.

Udostępnij: Facebook X

Dodaj komentarz

E-mail nie będzie opublikowany. Komentarze pojawiają się po zatwierdzeniu przez redakcję.